Polish (Poland)English (United Kingdom)


O Janie Heweliuszu czyli o Gdańsku...

kategoria : Warto zobaczyć
O Janie Heweliuszu, stolemach i Żydzie Wiecznym Tułaczu, czyli o Gdańsku w legendach…

Gdańsk… Miasto, którego początki sięgają X w. Na przestrzeni wieków rozwijało się, zmieniało swój charakter. W średniowieczu Gdańsk należał do związku miast handlowych Europy Północnej i dzięki swej potędze nazywany był „starym lwem mocarnej Hanzy”. W XVI w. na kształt miasta wpłynęła reformacja. Tolerancyjny dla innowierców gród dawał schronienie dysydentom religijnym. W 1939 roku na Westerplatte rozpoczęła się II wojna światowa. Natomiast w latach osiemdziesiątych miały tutaj miejsce wydarzenia, które doprowadziły do ukształtowania się nowej mapy politycznej Europy.

Gdańsk współczesny to miasto nowoczesne, rozwijające się, świadome swojej spuścizny i przyciągające rzesze turystów. Szczególnie tłumnie przybywają oni do grodu nad Motławą latem, kiedy można uczestniczyć w tradycyjnym jarmarku dominikańskim. Korzystają z przygotowanych dla nich atrakcji, spacerują po ul. Długiej, słuchają koncertów organowych w Katedrze Oliwskiej, zwiedzają kościół Mariacki – największą ceglaną świątynię na świecie. Chłoną oni atmosferę miasta, ale nikt głębiej nie zastanawia się nad jego drugim obliczem, obliczem, którego nie poznamy ze stron podręcznych przewodników. A przecież Gdańsk to również uliczki pamiętające wydarzenia sprzed setek lat; to niezwykłe kamienice, których ściany do dziś pilnie strzegą tajemnic dawnych mieszkańców; to stare zegary, które bezlitośnie od wieków każdą „chwilę obecną” zmieniają w „tę, która właśnie minęła”. To miejsce niezwykłe, a takie miasta mają to do siebie, że rzeczywistość pozostaje w nich w koegzystencji ze światem magii, a jedyny sposób na rozwikłanie pewnych zagadek, to uważne wsłuchanie się w głosy lokalnych gawędziarzy.

To od nich dowiemy się, dlaczego wieża gotyckiego kościoła NMP w Gdańsku nie jest strzelista. Nad tym zastanawiał się na pewno niejeden turysta, niejeden zapewne również usłyszał jej niezwykłą historię… Jednak czy ktokolwiek w nią uwierzył? Nikt już nie wierzy w smoki, księżniczki, czarownice. Nikt nie wierzy w legendy, a w każdej legendzie, jak w plotce, jest trochę prawdy... Wybierzmy się więc na niezwykły spacer po Gdańsku magicznym.

A więc… Dawno, dawno temu, tak dawno, że najstarszy gdańszczanin tego nie pamięta, Pomorze zamieszkiwał ród olbrzymów zwanych stolemami. Stolemy posługiway się tym samym językiem, w którym mówiły skarłowaciałe istoty zwane ludźmi. Stolemy odnosiły się do nich z szacunkiem, gdyż w ich świętej księdze było napisane, że to właśnie ludzie zapanują w przyszłości nad światem i przyniosą im zagładę. I oto pewnego dnia stolomowe dziecko przyniosło rodzicom zgarniętego podczas zabawy z pola przerażonego oracza. Stolemy, obawiając się zemsty ludzi, postanowiły przenieść się do Skandynawii. Żyły tam wiele lat, lecz z czasem zaczęły wymierać, aż w końcu pozostał tylko jeden olbrzym, który nie mógł znieść swej samotności. Tęsknił za kimś, z kim mógłby porozmawiać i przypomniał sobie, że na brzegu Bałtyku mieszkają istoty znające jego język. Jakież było przerażenie mieszkańców Gdańska, gdy ogłoszono, że do miasta zbliża się przez morze niebezpieczny wielkolud. Zauważył go mistrz Baltazar, czuwający nad budową wieży kościoła Mariackiego. Wszyscy w panice zaczęli szukać schronienia. Gdy zmęczony podróżą stolem dotarł do miasta, nie zastał w nim ani żywej duszy. Spojrzał na niedokończoną wieżę kościoła i był przekonany, iż to stołek przygotowany dla niego przez karłowate istotki. Usiadł i zaczął nawoływać ludzi, jednak nikt nie wychodził z ukrycia. Jedyną osobą, która odważył się stanąć oko w oko z wielkoludem był Baltazar. Rozżalony stolem tłumaczył ze łzami w oczach, że nikomu nie chce zrobić krzywdy. Opowiadał o swej samotności, a na dowód przyjaznych zamiarów wyciągnął z kieszeni kamienne rzeźby przedstawiające jelenie, ptaki, gryfy… Ludzie, słysząc stolema, nabrali odwagi i wyszli na ulice. Przyjęli dziwne prezenty i postanowili przyozdobić nimi miasto. Wiedzieli, że rozmieszczenie figur na szczytach kamienic zajmie im wiele czasu, dlatego też poprosili olbrzyma o pomoc. Ten bardzo szybko wywiązał się z powierzonego mu zadania. Spędził w Gdańsku jeszcze kilka dni, a potem udał się na południe i nikt nigdy już o nim nie słyszał. Na pamiątkę tej niezwykłej wizyty postanowiono wieżę kościoła NMP pozostawić taką, jaką była, gdy olbrzym wziął ją za stołek. Jeśli jeszcze kiedykolwiek stolem pojawi się w mieście, jego miejsce będzie na niego czekało.

Wielu innych, nie mniej niesamowitych, gości odwiedzało Gdańsk. Wśród nich pojawiła się mroczna postać Ahaswerusa – Żyda, który za znieważenie Chrystusa prowadzonego na Golgotę, zastał skazany na wieczną tułaczkę. Pewnego razu o przybyszu dowiedział się rzeźbiarz, któremu powierzono wykonanie krzyża. Artysta był doświadczony przez los i pragnął, aby jego krucyfiks wyrażał cały ból i cierpienie, jakiego on sam doświadczył w życiu. Człowieka tego opuściła żona i samotnie wychowywał córkę. Poświęcał jej wiele czasu, ale od kiedy zajął się nowym zleceniem, przestał się troszczyć o nią tak uważnie. Pogrążony w pracy wykonał setki szkiców, a żaden z nich nie był doskonały. Rzeźbiarz, gdy tylko dowiedział się o przybyciu do miasta człowieka, który był świadkiem śmierci Jezusa, zaprosił go do swej pracowni. Pokazywał Ahaswerusowi wszystkie projekty i pytał, na którym z nich udało mu się oddać rzeczywistą mękę Chrystusa. Gość odrzekł, iż żaden artysta, który nie widział na własne oczy śmierci umierającego na krzyżu człowieka, nie odda w swoim dziele prawdziwego cierpienia. Po tym spotkaniu gdańszczanin pracował jeszcze pilniej. Tymczasem, zupełnie dla niego niezauważalnie, córka zakochała się w pewnym człowieku. Okazało się, iż jest on bardzo utalentowany, więc artysta zatrudnił go w swej pracowni do pomocy. Kiedy młodzi poinformowali go, że zamierzają się pobrać, ojciec zorientował się, iż nic nie wie o wybranku swej jedynaczki. Zaczął wypytywać młodzieńca o pochodzenie, rodzinę i wyszło na jaw, że jest on synem jego żony – kobiety, która złamała mu życie. Artysta nikomu nie powiedział o swoim odkryciu.

Poprosił tylko chłopca, by ten towarzyszył mu w nocy podczas pracy. Nie sposób opisać rozpaczy, a jaką wpadła dziewczyna, gdy następnego dnia weszła do pracowni i ujrzała ciało ukochanego rozpięte na krzyżu, a obok niego martwego ojca. Rzeźbiarz postanowił ukarać młodzieńca za grzechy matki. Podstępnie przybił go do krzyża, a patrząc na jego śmierć, tworzył krucyfiks. Dziś można go zobaczyć w kościele NMP. Twórcy udało się oddać cierpienie umierającego Jezusa z niezwykłą wiernością.
Jednak czy możliwe jest, by artysta, tworząc w imię dobra, piękna i prawdy, zdolny był do tak okrutnego czynu? Na szczęście opowieść związana z gdańskim krucyfiksem to tylko fikcja. Natomiast prawdziwa może być historia pewnej przekupki...

Podobnie jak i sporo innych gdańskich kobiet miała ona męża, który napsuł jej wiele krwi. Mężczyzna lekko podchodził do życia, nie pracował, całe dnie spędzał w szynkach. Pewnego razu nieopatrznie podzielił się z kolegą pewną myślą. Otóż uważał, że po takiego człowieka jak on, bałby się przyjść nawet sam diabeł. Jakież było jego zdziwienie, gdy jeszcze tego samego dnia, niedaleko gdańskiego Żurawia, zatrzymał go czort. Muchel dowiedział się od niego, iż jego ziemskie życie dobiega końca i pora udać się do piekła, by tam ponieść zasłużoną karę. Przerażonemu gdańszczaninowi udało się przekazać tę informację żonie. Przekupka, która nieraz już musiała ratować męża z opresji, pojawiła się bardzo szybko. Przed sobą niosła ogromne, pachnące pączki. Z radością powitała diabła, podziękował mu, że w końcu uwolni ją od leniwego małżonka, a w podzięce poczęstowała go swoimi wypiekami. Czort zachłannie rzucił się na nie i nagle gwałtownie wypluł wszystko na jedną z żurawiowych baszt. Był tak przerażony, że od razu zniknął. Okazało się, iż przebiegła kobieta, by ratować swego darmozjada, nafaszerowała pączki pieprzem, sodą, tabaką, szkłem i gwoździami. Ten wypluty przez biesa pączek można oglądać do dziś, gdyż utkwił on wysoko na ścianie Wielkiego Żurawia i skamieniał. Metalowa kątownica, która również była składnikiem oryginalnego nadzienia, rzucała cień, a pragmatyczni gdańszczanie postanowili tę pamiątkę spotkania czorta z przebiegłą kobietą zamienić z zegar słoneczny.

Historia ta dowodzi zaradności gdańszczanek, ich niezwykłej odwagi i sprytu. A gdańscy mężczyźni? Wielu spośród nich chwalebnie zapisało się na kartach historii świata, jak np. słynny astronom – Jan Heweliusz. Jednak nie wszyscy wiedzą, że był on również piwowarem. W spadku po swoim ojcu otrzymał browar. Każdego wieczora, gdy wracał do swojej pracowni, radosnym głosem witała go papuga. Mówi się, iż ptak ten był tak bardzo przywiązany do swojego pana, że gdy ten wyjeżdżał na kilka dni z miasto, stawał się on osowiały, nic nie jadł, nie chciał pić. Natomiast kiedy tylko Heweliusz się pojawiał, papuga wygodnie sadowiła się na jego ramieniu. Do jej ulubionej rozrywki należało przedrzeźnianie czeladzi piwowarskiej i browarnianych mistrzów, gdy ci przychodzili do astronoma pod koniec tygodnia po zapłatę. Papuga powtarzała za pracownikami: „Paaanieeee Heweeelke! Rrrrobota skończona!”. Heweliusz był bardzo przywiązany do swojej towarzyszki. Chodzą słuchy, iż podczas pożaru, który kiedyś wybuchł w jego pracowni, astronom z narażeniem życia przedarł się przez ścianę ognia, by ją ratować. Mijały lata i oto nadszedł dzień, gdy gdański uczony zmarł. Miasto pogrążyło się w żałobie. Trumnę z Janem Heweliuszem złożono pod posadzką kościoła. Papuga również była obecna na ceremonii pogrzebowej. Tam, nieoczekiwanie dla wszystkich, pożegnała swojego pana. Wołając żałośnie po raz ostatni: „Paaniee Hewelke. Rrrobota skończona”, padła martwa.

To poruszająca opowieść o oddaniu, ale Gdańsk zna takich historii wiele i trudno przytoczyć je wszystkie. To podania przekazywane z ust do ust, z pokolenia na pokolenie. Jednak są też historie, które mają swojego autora. Któż nie słyszał o panience z okienka – bohaterce powieści niezwykle utalentowanej improwizatorki z XIX w., organizatorki warszawskiego salonu literackiego – Deotymy. Historia Hedwigi – dziewczyny z jej utworu – tak mocno wrosła w folklor miasta, że od kilku lat w Gdańsku w oknie Dworu Artusa można zobaczyć pojawiającą się dwumetrową rzeźbę tejże panny. Hedwiga ożyła też dzięki konkursowi organizowanemu przez Muzeum Historycznego Miasta Gdańska – co roku młode gdańszczanki mogą ubiegać się o tytuł „Panienki z Okienka”. Dzięki urodziwym mieszkankom, Gdańsk wydaje się być jeszcze piękniejszy.

Szczególnego uroku miasto nabiera wieczorem. Jeśli ktoś, spacerując po centrum tego niezwykłego grodu o północy, spotka korowód złożony ze smoków, lwów, gryfów, nie powinien się dziwić. Nie wszyscy są wtajemniczeni w to, iż właśnie o tej godzinie można stać się świadkiem nadzwyczajnego wydarzenia – wielkiej uczty, w której uczestniczą wszystkie gdańskie rzeźby zdobiące fasady budynków i pomniki. A korowodowi udającemu się do stołu przewodzi sam Neptun. Wprawdzie zdarza się to tylko raz na sto lat, ale czy dla takiego widoku nie warto poświęcić kilku nocy…

Magdalena Lamek
Do napisania artykułu wykorzystano książkę Jerzego Sampa pt. „Legendy Gdańskie. Dawne, nowe i najnowsze”

Warto zobaczyć:

Z pamiętnika podróżnika:

 

Zamek w Mosznej


wiecej...